O autorze
Szczęśliwa mama szóstki dzieci, rodowita Poznanianka, kobieta biznesu, prezes klubu piłkarskiego Warta Poznań S.A., prezes spółki budowlano-deweloperskiej Family House, kiedyś modelka. Jedna z najbardziej wpływowych kobiet w Polsce i w świecie piłki nożnej. Na swoim blogu poruszam tematy sobie bliskie: sport, zdrowy tryb życia, macierzyństwo i polityka.

Zawód syn, zawód córka. "Młodym wszystko w życiu przychodzi łatwo. Jest kasa, drogie gadżety, imprezy"

Wiele młodych osób zastanawia się, jaki zawód jest najlepszy? Kim najlepiej zostać w przyszłości? Lekarzem, prawnikiem, managerem w dużej korporacji, a może piłkarzem w topowej drużynie? Hmmm,trudne pytanie… Żeby zostać lekarzem czy wziętym prawnikiem, potrzebne są lata ciężkiej nauki, potem trzeba ciągle zgłębiać swoją wiedzę, żeby być „na bieżąco” - brać udział w różnych sympozjach i konferencjach. Dobry manager z kolei często haruje jak wół przez wiele godzin dziennie, do tego stres i presja wyników…. Z kolei żeby zostać naprawdę klasowym sportowcem, potrzeba lat ciężkich treningów i wielu wyrzeczeń. Jednym słowem, nie ma lekko…



I nagle… olśnienie! Eureka! Jest taki zawód – zawód syn! Lub córka!

Nie są wymagane specjalne kwalifikacje, zatrudnienie jest (prawie) dożywotnie a wynagrodzenie satysfakcjonujące. Nie wspominając o bonusach w postaci mieszkania, nowego samochodu i egzotycznych wakacji.

Młodym „dziedzicom” wszystko w życiu przychodzi łatwo. Jest kasa na wyjścia do modnych klubów czy restauracji, drogie gadżety i inne rozrywki. Impreza w środku tygodnia - nie ma problemu! Można przecież przyjść do pracy na 12.00. Można też w ogóle nie przychodzić... Spontaniczny wyjazd na narty albo na wakacje – nic trudnego - urlop można mieć zawsze - przecież rodzic z firmy dziecka nie wyrzuci. Spinka w pracy? Jaka spinka, jaka presja? Przecież nie ma żadnego kredytu, nie trzeba się martwić, że straci się pracę i nie będzie z czego zapłacić rachunków. No właśnie, nie trzeba się o nic poważnego martwić. Według mnie, to taka zabawa w prawdziwe życie. Zabawa, bo zawsze jest bezpieczny spadochron w postaci rodziców, którzy gwarantują miękkie lądowanie.

Dla wielu dzieci bogatych rodziców, problemy sprowadzają się do tego, z kim pojechać na kolejne wakacje (bo niestety część znajomych ma „normalną” pracę) albo czy na obiad zjeść sałatkę czy może lepiej burgera. Nie są więc to osoby ani samodzielne, ani zaradne. Kręcą się dookoła siebie, imponują innym wyuczoną mową i kasą, a mentalnie tak naprawdę cały czas są na poziomie nastolatków, zupełnie nieprzygotowanych do normalnego życia.Bez pieniędzy i wsparcia rodziców nie potrafią poradzić sobie z prawdziwymi problemami i w ich obliczu tracą kontrolę nad swoim życiem.

Jestem zdania, że jeśli do solidnego majątku dojdzie się dzięki ciężkiej pracy, własnym umiejętnościom i wiedzy, nikt normalny nie będzie miał nikomu tego za złe. A przynajmniej nie powinien. Coraz częściej słyszy się jednak, ze młodzi ludzie tylko czekają na przelew od rodziców czy comiesięczne uzupełnianie ujemnego bilansu na swoim koncie. Nie twierdzę, że pomoc własnym dzieciom jest czymś złym, ale wspierać swoje pociechy można nie tylko finansowo i również nie w nieskończoność. Od najmłodszych lat staram się uczyć swoje dzieci szacunku do pieniądza, zachowując równowagę między koniecznymi zakupami, drobnymi upominkami i rzecz jasna (jestem tylko człowiekiem!) wręczaniu dziecku tego co tylko zapragnie.

Uważam, że jeżeli samemu się na coś zapracuje, to nie tylko bardziej się to doceni ale sukces będzie też smakować lepiej.Bardzo często dzieci zamożnych rodziców od najmłodszych lat bez skrępowania potrafią wydawać ich pieniądze bez zamiaru ich zarobienia czy zwrócenia. W takich sytuacjach rodzic zmienia się w wiecznego żywiciela. Zdarza się, że rodzinna firma o mało nie splajtowała, kiedy młode pokolenie przekonane o swojej nieomylności i wyższości zasiadło na prezesowskim stołku.

Jak wielu rodziców, także stanę kiedyś przed dylematem: czy zaangażować się w finansową pomoc swoim dorosłym dzieciom czy nie? Jeśli tak, to gdzie postawić granice? Czy nie jest tak, że kupując 18 – latkowi samochód, mieszkanie i wszystko inne czego zapragnie przeszkadzamy mu w nauce samodzielności? Jestem zdania, że od najmłodszych lat trzeba uczyć dziecko zaradności i pracowitości, tłumaczyć według jakich zasad funkcjonuje świat. Prawda jest jednak taka, że rodzic nigdy nie ma gwarancji, że jego dziecko nie wyrośnie na „darmozjada”…

Sama nigdy nie otrzymałam od nikogo niczego, co diametralnie zmieniło moja sytuację materialną, dlatego jestem przeciwna uszczęśliwianiu swoich dzieci ponad miarę. Niech same spróbują, kombinują niekiedy popełniają błędy – gdy dorosną także w pracy. Sukcesem jest stworzenie swojego, choćby małego, biznesu od zera. Należy mieć własne pomysły i umiejętnie żyć – bez koła ratunkowego w postaci mamusi i tatusia. Bardzo często dzieci zamożnych rodziców przyzwyczajone są do tego, że rodzic jest jak bankomat – zawsze nieopodal, zawsze wypłaci. Raz, drugi, piaty, dziesiąty. Najpierw na samochód, kolejno na mieszkanie, jego wykończenie, oczywiście wakacje i wsparcie finansowe przy otwieraniu własnej firmy – chociaż w tym przypadku zazwyczaj bywa tak, że pomysłów jest miliard – słomiany zapał nie pozwala jednak na ich realizację. Kiedy nasze dziecko ma 20 – 25 lat i jest w trakcie studiów, finansowa pomoc ze strony rodziców jest czymś akceptowalnym, jednak już z każdym rokiem takie „wsparcie” zaczyna być coraz śmieszniejsze, a właściwie żenujące. Czasem aż strach pomyśleć co będzie, kiedy rodzica zabraknie…

Przyznaję, gdy miałam 18 – 20 lat bywało, że zazdrościłam niektórym z moich rówieśników dobrobytu i dostatniego życia, ale w duchu tak naprawdę śmiałam się z ich niezaradności. To, że inni mieli więcej niż ja działało na mnie motywująco i dawało siłę do dalszej pracy. Sama o swoje własne kieszonkowe zaczęłam troszczyć się bardzo wcześnie i wcale tego nie żałuję bo to była doskonała lekcja pokory. Swoją pierwsza firmę otworzyłam mając 21 lat. Nie oglądając się na innych robiłam swoje. I teraz z satysfakcją mogę powiedzieć, że wszystko co mam zawdzięczam sobie i swojej ciężkiej pracy.

Chciałabym tak wychować swoje dzieci, żeby w przyszłości nie powielały losów 35-latków wyciągających rękę do swoich rodziców po kolejne pieniądze na nowy biznes, samochód czy mieszkanie. Jestem zdania, że każdy poprzez pracowitość i spryt, przy odrobinie szczęścia może osiągnąć swój własny sukces finansowy i stać się niezależnym od rodziców nawet w młodym wieku. Chwała tym, którzy umiejętnie potrafią rozwijać powierzone im rodzinne interesy… rozwijać je, a nie bezmyślnie trwonić krwawicę swoich rodzicieli…
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...